Podróż do Austrii nie planowaliśmy długo- Polski Bus otworzył doskonałe połączenie z Katowic do Wiednia, a jeśli się komus uda odpowiednio wczenie zarezerwoać bilety, cała podróż wyniesie 90zl w obie strony. Autobus jest wygodny, choć towarzystwa niemało- widać taki Wiedeń popularny kiedrunek. Gdy juz wysiedliśmy z sennego autobusu po zaledwie 7 godzinach jazdy, Austria przywitała nas gruntownym deszczem. Wiedeń nie sprawił na nas dobrego pierwszego wrażenia, miasto jak każde inne. Spacer w deszczu z plecakami i bagażami nigdy nie nalezy do najpiękniejszych przeżyć. Pierwsze chwile, kompletna dezorientacja w terenie, śniadanie w Macdonaldzie... Tak, smak kawy jest taki sam...

Spacer po Wiedniu

Wreszcie się "osiedliliśmy"- znaleźliśmy hotel, nawet w centrum. Wiedeń należy do miast, w których łatwo przemieszczać się metrem, można nim dojechać prawie wszędzie (w przeciwieństwie do naszej Warszawy :)... Postanowilismy nie tracić czasu na długi odpoczynek, ale znaleźliśmy jakąś tanią knajpkę. Czas na tradycyjny Sznycel wiedenski, w smaku zupełnie podobny do naszego schabowego- tyle tylko, że był 3 razy większy i zajmował cały talerz! Pałać i ogrody w Schonbrunn to nasz pierwszy "poważny" cel- Wojtek ma lekką obsesję na punkcie czasów Franciszka Józefa- więc nie można ominąć letniej rezydencji cesarza. W ogrodach kryje się zupełnie niewyzywajacy, rzekomo skromny (bo głównie dla dzieci- uwielbiamy takie atrakcje!) , w którym naprawdę się zgubiliśmy- po 40 minutach szukania wyjścia, zauważyliśmy, że mijamy wciąż tych samych ludzi... Schonbrunn jest prawdziwe zoo i wspaniały ogrod, choć w miesiące letnie nie ma raczej czego oglądać- wszystko jest szarobure i niejakie..

Kolejny punkt to sławny Hofburg- zimowa siedziba rodziny cesarksiej, przelewające się od bogactwa stoły, imperialne gabinety polityków, dyskretne zacisza, gdzie damy dworu potajemnie spotykały się ze swoimi kochankami... tak cały ten XIX wiek :) W drodze do Hofburga trafiliśmy na imprezę pod gołym niebem, coś w rodzaju grudniowego German Market- obnośnego targu z tradycyjnym jedzieniem. Okazją do wypicia Blaufraenkisch, czyli młodego austryjackiego winka stały się pokazy wojska- nieco inne niż za czasów Franciszka- bo całe wojsko wyglądało naprawdę groźnie!

Wiedeń- to jak wiadomo- kolebka muzyki kasycznej, tu tworzyli Mozart, Bethoveen, Waltz, Schubert i wielu innych muzyków. Więc i my poszliśmy na koncert do cesarskiej oranżerii- i nie usneliśmy! Nie było tak źle! ;)

 

Mozartowski Salzburg

Salzburg to miasto, w którym urodził się Mozart i przez pierwsze lata swojego życia towrzył- historie o kilkuletnim Mozarcie, który swoim talentem nie tylko oczarowywał ale i pobijał ówczesnych dorosłych muzyków stały się niezlą pożywka dla przyjeżdzających tu turystów. Zatrzymaliśmy się w małym hotelu, do reszty przypominającym austryjackie baraki... za czasów Franciszka Józefa :)- ten pan już nas chyba w Austrii nie opuści... Salzburg okazał się mniejszy niż przewidywaliśmy z dobra komunikacja autobusową- można w godzine dostać się z jednego krańca miasta na drugi. Miasto wydawało się magiczne, szczególnie wieczorami i szczególnie w starym, zabytkowym centrum, gdzie uczył się mały Mozart. Piękne, drobne kamieniczki, brukowane ulice i niedokońca nieoświetlone zaułki- Salzburg widocznie nie ucierpiał w czasach wojen- wszystko zachowało się fantastycznie. Nad miastem góruje zamek- warownia, a po drugiej stronie rzeki wzgórze z klasztorem i wspaniałym widokiem na miasto.

 

Solny Hallstatt

Czas zmienić kierunek- po 4 godzinach wygodnej jazdy pociągiem docieramy na przedpola Alp. Już w pociągu nie dało sie zasnąć- otaczały nas piękne widoki! Halstatt leży nad jeziorkiem- a nasz hotel znajdował sie po drugiej stronie. Niemądrze wysiedliśmy wcześniej i złapaliśmy łódź do samego miasteczka. Dlatego przestrzegamy- jeśli macie hostel czy hotel w Hallstatt Obertraum- wysiądźcie na ostatniej stacji. Wróciliśmy tak samo jak przyjechaliśmy, czyli połączniem łodzi i pociągu. Hallstatt okazał się dla nas strzałem w dziesiątkiem- miasteczko jak nasze Zakopane- wszędzie pełno drewnianych domków- kolorowych, zbudowanych na surowej skale, w dole przepiękne jezioro, otoczone górami- zachwytów nie było końca- ale faktycznie ta miejscówka jest piękna i warto ją zobaczyć. W dole spiczasta wieża z protestanckiego kościoła jest wizytowką miasteczka. Oczywiście- dużo turystów- choć jest październik- i jest ich torhce mniej niż w pełnym sezonie. Są też minusy wycieczki w październiku- niedaleko Hallstatu jest wyciąg- Dachstein Krippensteinbahn, ze szczytu można ujrzeć piękne widoki. No właśnie- można- my nie widzielismy nic oprócz gęstej mgły... ale i tak bylo fajnie! Hallstatt to idealne miejsce dla lubiących troche pochodzić a jednocześnie rozkoszowac się monumentalną przyrodą gór. Z odrobiną austryjackiego piwa miejscowość zyskała w naszym odczuciu niesamowicie- polecamy, polecamy, polecamy!!!

 

Wiedeń po raz drugi

Tak, po pięknym Hallstacie Wiedeń wydaje się być za duży, za głośny- ulice już znane, mijamy kolejne znane już nam kamieniczki i kościoły, witryny sklepowe i reklamy. Czas powrótu- poźno wieczorem- bo tak odjeżdza autobus do Polski- znowu zaskakuje rzęsistym deszczem. Jak Austria nas powitała tak i żegna...

Podsumowanie z 6 dniowej wycieczki do Austrii jest nadzwyczaj pozytywne- nie spodziewaliśmy się aż takich atrakcji, ale przerosło to nasze skromne wyobrażenie o Austrii. Zdecydowanie polecamy- może kiedyś przyjdzie czas wrócić do pięknego kraju Franciszka Józefa? Już nie możemy się doczekać!!!