Blog Indie, Relacje z Indii Indie - Nepal 2012

Indie - Nepal 2012

Indie - Nepal 2012

 

Każdy, kto chodź trochę lubi podróżować zapewne na swojej MUST SEE LIST ma Indie i Nepal. Podobnie też było w naszym przypadku, jak zwykle wyczekiwaliśmy dobrej ceny biletów, a gdy już się pojawiła nie myśleliśmy długo i zarezerwowaliśmy bilety. Półwysep Indyjski intrygował nas od dawna, ale zawsze brakował nam czasu, żeby móc tam pojechać i zobaczyć najciekawsze zakątki tego kraju. Wszyscy sugerują podróż do Indii, na co najmniej miesiąc, my jednak nie mogliśmy pozwolić sobie na tak długą wyprawę tak, więc skończyło się na trzy tygodniowej podróży po Indiach i Nepalu. Naszą podróż zaczęliśmy w Nepalu, gdzie spędziliśmy trochę czasu w Katmandu a potem wybraliśmy się w Himalaje. Z Nepalu pojechaliśmy do Indii, a nasz plan zakładał zobaczyć Argę , Khajuraho, Orchhę Bombaj, Delhi, Goa.

Zobacz Bloga z wyprawy do Nepalu i Indii


View Nepal Indie 2012 in a larger map

Kolej na kolej, ruszamy do Khajuraho i Orchhy!!!!!!!!!!!

Z  Varanasi ruszyliśmy do Khajuraho – małej, urokliwej mieściny znanej z kompleksu świątyń z około XVII wieku z motywami Kamasutry. Kompleks świątyń jest oczywiście odnowiony i przygotowany dla turystów, nie mniej jednak kunszt i precyzja wykonania płaskorzeźb świątynnych zapiera dech w piersiach. Niestety w miasteczko poza świątyniami nie ma zbyt wiele do zaoferowania, obejrzawszy świątynie decydujemy się jechać dalej do Orchy- jeszcze mniejszej miejscowości oddalonej jakieś 5-6 godzin od Khajuraho. Na stacji oczywiście nie bez problemu udaje nam się dostać bilet- nie jesteśmy w stanie zrozumieć tego skomplikowanego mechanizmu biurokratycznego, jakim jest Indyjska kolej, niby wszystko można zarezerwować przez Internet, kupić z wyprzedzeniem, ale kiedy przychodzi, co, do czego to i tak trzeba kombinować. Zbliża się godzina odjazdu pociągu na peronie koczują całe rodziny, a my zlani potem szukamy cienia, a udaje nam się znaleźć miłą towarzyszkę podróży.  Pociąg oczywiście przyjeżdża spóźniony godzinę, co na indyjski standard jest całkiem w porządku, mamy bilety do tzn. klasy general wiec nie ma, co liczyć na luksusy, poza tym droga nie jest długa – przynajmniej tak nam się wtedy wydawało….

Po niespełna 1.5 godziny w pociągu docieramy do nieco większej miejscowości, nic specjalnego – kolejni pasażerowie wsiądą rozłożą się ze swoim dobytkiem i pojedziemy dalej, nic z tych rzeczy jednak……. Hindusi niczym się nie przejmując zajadają lokalne specjały my natomiast zaczynamy się niecierpliwić w końcu i do naszych uszu dociera, że pociąg, w którym się znajdujemy czeka na pociąg, który jeszcze nie przyjechał, aby połączyć składy. Mija godzina, dwie, trzy i ani śladu pociągu, robi się tylko coraz bardziej duszno i gorąco, w końcu po pięciu godzinach oczekiwania udało się pociągi się połączyły i jedziemy dalej, jeszcze Jaksie trzy, cztery a może pięć godzin, kto to wie…. Jest już dobrze po zmroku a stacja, na której mamy wysiąść jest maleńka i położona niemalże w szczerym polu, usłuchawszy rady współpasażerów przygotowujemy się do wyjścia jak tylko pociąg się zatrzyma, a że jesteśmy na końcu składu tak też skaczemy na nasyp kolejowy a nie na peron. Zmęczeni po 11 godzinach w pociągu chcemy tylko dotrzeć do jakiegoś hotelu umyć się, zjeść i iść spać. Niestety to nie koniec przygód tego dnia, właściciel lokalnego tuk tuka(nieco większego niż standardowy) postanowił ścisnąć 15 osób, kobiety, mężczyzn, nas 3 turystów i nasze bagaże. Miły człowiek nie był w stanie zrozumieć, że nie sposób nie upchnie takiej masy ludzi a tym bardziej nie sprawi, żeby jego maszyna ruszyła, nie pomogły grzeczne sugestie trzeba było użyć ostrych słów i niemniej ostrych porównań aby ów pan znalazł druga riksze i uprzejmie zawiózł nas za wcześniej ustaloną cenę pod wskazany adres.

Pierwsze wrażenie miasteczka o poranku nie rzuciło nas na kolana, dlatego też zdecydowaliśmy się wypożyczyć rowery i zobaczyć jak wygląda miasto w mieście, czyli przepięknych kompleks pałacowo świątynny z początków XVI wieku. Najciekawszy, o niemalże bajkowej architekturze, jest pałac Jahangiri Mahal, drugi pałac to Raj Mahal (1560). Z pośród licznych świątyń najciekawsze są 3: Ram Raja, Chaturbhuj (niejako dominująca nad miasteczkiem) i Laksmi-Narajan. Ogromną zaletą Orchhy jest niemal całkowity brak turystów, co sprawia, że miejsc to nabiera niemalże bajkowego charakteru.

Kliknij aby czytać więcej bloga >

W stronę orientu- część I

Katmandu dzień1

Hotel Sugat na Durbar Squere okazał się strzałem w dziesiątkę. Z dala od tłumów turystów na Tamilu, a kilka metrów od Świątyń pozwalał obserwować życie lokalsów na Durbar Sueere. Nie był za czysty, ale standard był ok- jest ciepła woda i koszt tylko 330 rupii.
Po spacerku Tamilem dotarliśmy przy pomocy rikszarza, który miał coś z ręką do świątyni małp. Małp raczej nie wiele, może więcej po koniec, ale świątynia ma super klimat- buddyjski, ale też narodowy, nepalski z charakterystycznymi oczami. Świątynia nie jest łatwa do zdobycia, aby do niej dotrzeć od pierwszych ołtarzy buddy do głównego budynku świątyni trzeba pokonać dobry kilometr schodów. Świątynia na wzgórzu robi ogromne niesamowite wrażenie, wydaje się jakby ludzie, którzy przyszli tu modlić się , zadali sobie tyle trudu, byli przekonani, że dzięki temu uzyskają wstawiennictwo Buddy w swojej sprawie.
Co najmniej kilka restauracji w okolicach Durbar Squra ma tarasy na dachu, gdzie można zjeść jedno z nepalskich curry (np. z kurczakiem, soczewica, szpinakiem)za około 750 rupii i napić się lokalnego piwa Everest albo Katmandu. Powrót do hotelu to koszt 300 (standardowo taksiarz niemiał wydać). Kolacja na dachu, obserwacja Durbar Suere.


 

 

 

Treking- dzień 2

Zaczęliśmy słabo- zataczając wokół Ratna Park- olbrzymiego placu w samym centrum miasta, coś jak krakowskie błonie. Z tą jednak różnicą, że błonie mają sporo wyjść, a Ratna Park została otoczona wysokim płotem z jednym wejściem. Szliśmy za Panią w sari w nadziei, że idzie na drugą stronę. Nic z tych rzeczy. Po co  w ogóle ludzie sobie robią takie spacery? Nie mają co, robić, czy jak? Wreszcie trafiliśmy na dworzec, a w autobusie spotkaliśmy dwóch białych, co oznaczało, że jedziemy chyba w dobrym kierunku, bo wszystkie napisy na autobusach były w nepalskim a i dogadać się jest czasem trudno.  Nie udało nam się jeszcze rozszyfrować, co znaczą ruchy głowa –wydaje nam się, że kręcąc głową zaprzeczają, jednakże jest odwrotnie, niestety to dopiero początek skąp likowanej nepalskiej mowy ciała. Często busiarze po prostu nie chcą gadać z turystami lub nie znają angielskiego. Zresztą dużo ludzi nie zna angielskiego i dla turystów jest to spory problem.
Dojechaliśmy do Sundarijal, rozpoczynając 2 dniowy trekking. Chcieliśmy dojść do Chisapani (na wysokości ok. 2500m) i dalej do Nargarkot. Zaczęło się dość brutalnie- same schody, dzięki którym mieliśmy zdobyć wysokość. Mijaliśmy kolejne wioski, gdzie można było kupić, które wodę, napoje, zjeść mały obiad, a ponadto a możne co najbardziej znamienne hodowano tam  kozy. Dużo kóz. Wreszcie zdobyliśmy wysokość i szliśmy trochę lasem, zaczęło padać. Po 2 godzinach, w skrajnym zmęczeniu dotarliśmy do szczytu jednej z górek i naszym oczom ukazał się widok ośnieżonych gór. Niesamowite. Marta z wrażenia zaniemówiła, przez jakieś 3 minuty nie potrafiła wydobyć z siebie ani słowa. Potem już tylko delikatny spacerek i w końcu udało nam się dotrzeć do Chisopani. Nocleg 800, trochę drogo, a piwo jeszcze droższe 300 nepalskich rupii! Za to widok z dachu zrekompensował wszystko. Pięknie ośnieżone najwyższe góry na świecie. Dostrzegamy Everest, naprawdę budzi respekt swoją potęgą i wielkością. Opłacało się. Zastanawiamy się jak właściwie człowiek może mierzyć się z takim kolosem i co właściwie sobie myśli wybierając się na podbój Himalajów i atakując najwyższą górę świata. Jakie to uczucie stanąć na dachu świata?

 

 

 

Chisopani- Katmandu

 

Zjedliśmy szybkie śniadanie i żwawym krokiem ruszyliśmy w dół. Towarzyszy nam widok na Himalaje- po prostu niesamowite. Słońce zaczyna coraz mocniej grzać- już rano wiadomo było, że nie będzie lekko. Na całym szlaku do Nargarkot nie spotkaliśmy ani jednego turysty, za to spotkaliśmy bandę nastolatków, którzzaczęli za na mi iść. Przyspieszając kroku, choć nie wiadomo, po co, bo i tak z plecakami i z grupą 10 chłopaków nie mieliśmy szans. Okradną i pobiją nas jak nic. Mijamy ich kolejny raz w jednym ze schronień, chyba są ok, kilka wymienionych zdań- gdyby chcieli, już by nas okradli. Po drugiej propozycji w ciągu trzech dni zakupu marihuany (odmownej oczywiście), nerwyopadają i możemy dalej spokojnie iść. Choć może nie do końca, bo oto skończyła się nam woda, a do następnej wioski nie wiadomo jak daleko. Niech to szlag! Po jakiś 2-3 godzinach docieramy do punktu widokowego z małym sklepikiem.

Pierwszy litr wypijamy od razu, nawet nie patrząc się po sobie. Kupujemy ekstra zapas i znowu w drogę. Docieramy do pierwszych wiosek, nadal na wysokości około 2000m. Upał nie do zniesienia, ale idziemy. Dziwne, na mapie nie trzeba schodzić w dół. No nic, nie ma siły kalkulować. Docieramy, już na dole, do pierwszych wiosek- tu czas zatrzymał się w miejscu- rolnictwo, jak przed wiekami, zero maszyn, wszystko ludzie wytwarzają ręcznie. Mijamy pola ryżu i wchodzimy do wioski. Miały być hotele i jacyś turyści, a jest miasteczko jak z XIX wieku. Nie ma tu motorów, wszyscy chodzą pieszo lub siedzą pod rozpadającymi się kamienicami. U nas pewnie otoczyliby takie zabytki opieką kustosza, zebrali fundusze na remont i nie pozwalali dotykać napalonym turystom. A tutaj jakby się nic nie zmieniło od wieków. Niesamowite wrażenie- wszędzie sprzedają owoce i warzywa- trochę ziemniaków, cukinia, papryczki chili, przyprawy. Dostrzegamy przystojnego, młodego krawca, który na maszynie identycznej jak miała babcia, jest w centrum uwagi licznej klienteli. Na budynku poczty dostrzegamy nazwę miejscowość: Sunhu. Czyli jednak coś było nie tak od początku z tymi hotelami, najwyraźniej zboczyliśmy z trasy, pokonaliśmy mniej więcej podobna trasę jak do Nargarkot, ale zeszliśmy za bardzo w dół. Zrezygnowani, przemierzamy miasteczko ze dwa razy, zupełnie bez sensu. Nie wiadomo, co robić- nikt tu nie mówi po angielsku, transportu żadnego. Trzeba chyba zapomnieć o Nargarkot i kolejnym śniadaniu w górach i myśleć o jakimś noclegu, bo godzina późna. W tej desperacji spotykamy nie, kogo innego jak naszych oprawców z rana- banda młodzieniaszków mówi po angielsku i pomaga nam dostać się do Katmandu, bo o powrocie do Nargarot nie ma już mowy. Wracamy z nimi do samego centrum. Jednak stereotypy potrafią zupełnie zmylić- gdyby nie oni, mogłoby być nieciekawie.

W stronę orientu- część II

Ulubiony hotel Sugat. Dzień postanowiliśmy spędzić na odpoczynku. Nic z tego, nie udało się. Rano, udając się na śniadanie po wyśmienite bułki z warzywami i curry w środku postanawiamy odwiedzić Patan- kiedyś osobne miasto, teraz część Katmandu, wpisane na listę światowego dziedzictw Unesco.  Bierzemy riksze, ustalamy cenę z riksiarzem, ale jakiś taki niepewny jest ten pan, trzeba na niego  uważać; nasze podejrzenia ukazują się być słuszne kiedy już w połowie drogi riksiarz próbuje nas wysadzić twierdząc, że już dojechaliśmy. Patan dosłownie miasto piękna, gdzie średniowieczy układ miejski przenika się z stupami buddyjskimi i hinduistycznymi świątyniami, robi wrażenie jakby czas się tu zatrzymał.

Wąskie uliczki wśród bogato zdobionych domów, stup oraz małych ulicznych świątyń piękni odwzorowują orientalną Azję. Mimo, że sporo tu turystów- warto tu przejechać choćby na mały spacer. Również Durbar Squere jest wyjątkowy- to tu przenikają się wpływy kultury newarskiej, religii buddyjskiej i hinduizmu charakterystycznych dla doliny Katmandu. Nasz powrót do Katmandu był znacznie mniej przyjemny- upał niesamowity, a do hotelu jeszcze sporo drogi. Wieczorem szwędamy się jeszcze po centrum Katmandu, bez celu, przyglądając się jak miasto powoli pustoszeje. O 21 już nie ma nikogo na ulicach.

Następnego dnia wybieramy się na raffting, niby nic- organizowany wyjazd, jednak jest to nasz pierwszy raffting.  Zrywamy się z łóżka o 6-tej rano, a o 6.30 spotykamy z przewodnikiem i resztą ekipy – nie jest źle nie tylko my jesteśmy nowicjuszami. Po 3 godzinach spędzonych w strasznym upale w autobusie docieramy na miejsce, krótki trening bezpieczeństwa, kamizelki, kaski, wiosła w dłoń i już płyniemy. Początkowo nie wygląda to na zbyt trudne, jednak przed każdą większą falą, uskokiem skalnym sternik/ przewodnik dokładnie instruuje nas co robić i jak się zachować jeżeli wypadniemy z pontonu, nikomu jednak nic się nie dzieje- do czasu! Jesteśmy już niemalże u kresu naszego 3 godzinnego rafftingu bez większych przygód, przed nami jeszcze tylko ostatni odcinek, gdzie rzeka płynie bardzo szybkim nurtem jakies 3+ w rafftingowej skali, nagle ni z tego ni z owego ponton się przewraca i wszyscy łacznie ze sternikiem znajdujemy się pod pontonem! Nie wygląda to dobrze 8osobowa załoga jest rozrzucona w wodzie w odległości kilkudziesięciu metrów od siebie. Na szczęście dość sternikowi udaje się odwrócić ponton i wciągnąć pierwsze 2 osoby do środka, pozostałych ratowała załoga drugiego pontonu. Udało nam się szczęśliwie dopłynąć do brzegu! To jednak nie koniec wrażeń na ten dzień, musimy jeszcze jakoś wrócić do Kathmandu, mija godzina a  tu ani śladu autobusu, który mógłby nas zabrać. Czworo z nas wracających do Kathmandu decyduje się jechać na pace ciężarówki – wszystko wygląda dobrze a mała ciężarówka na pewno będzie szybciej na miejscu niż duży autobus i tak pewnie by było gdyby nie fakt, że w połowie drogi kierowca miał do zabrania pół tony kamieni! Resztę drogi obyliśmy na pace cieżarówki  ( 4 osoby na pace, 3 w szoferce) razem z kamieniami, a drogi w Nepalu nie należą do najlepszych, tak też podróż zajęła nam nie 3 godziny a 5.

Najbliższa wyprawa- Indie- Nepal 2012

Od starożytności Indie uznane były za kraj Orientu, nie tylko ze względu na położenie geograficzne, ale również obyczaje, stroje, kuchnię. Wiele jednak starych zwyczajów zamarło, a Hindusi zaczynają żyć według nowoczesnego modelu zachodniej cywylizacji. Czy jednak różnorodne Indie potrafią znaleźć balans pomiędzy legendą orientu a współczesnością? Ponieważ dla wielu Indie i Nepal to kraje wymarzone i magiczne, my również postanawiamy sprawdzić orientalnego ducha.

Przygotowania trwaj, więc zapraszamy do współpracy!


Więcej artykułów…

  1. W stronę orientu