Dzienniki peruwiańskie- Droga do Machu Picchu

 

Spodziewaliśmy się zastać tam znacznie więcej oznak życia niż to co rzeczywiście zobaczyliśmy- wyboista gruntowa droga i kilka domów mieszkalnych, na szczęście z opresji ratuje nas para Wenezuelczyk i dziewczyna z Chile, którzy czekali już dwie godziny na kogoś z kim mogliby dzielić koszty taksówki do Santa Teresa. Właściwie to spadliśmy im z nieba, a obi byli naszą nieoczekiwanym kołem ratunków, w przeciwnym razie i my i oni musieliby czekać na następnych turystów do rana. Droga z Santa Maria do Santa Teresa zajmuje około półtorej godziny i wiedzie przez las tropikalny. Trasa jest wąska i kręta tak więc co kilka chwil o samochód uderzają gałęzie i krzaki. Około trzeciej nad ranem lądujemy w Santa Teresa, jesteśmy nieprzytomni ze zmęczenia i wzorem naszych towarzyszy udajemy się na spoczynek do najbliższego hostelu (plan co prawda był inny i przywidywał wyjście na szlak do Machu Picchu już w nocy i odpoczynek na trasie).

Hostel ….. jest schludny i czysty, zresztą nie zawracamy sobie tym zbytnio głowy, po prostu padamy spać. Rano, krótkie rozpoznanie terenu, śniadanie i ruszamy do Aquas Calientes. Słów kilka o śniadaniu. Jesteśmy w Santa Teresa niewielkiej miejscowość na prowincji, jednakże nawykłej do widoku turystów, którzy właśnie tu rozpoczynają wędrówkę do zaginionego miasta Inków i właśnie w tymże miejscu jemy śniadanie przypominające polski całkiem przyzwoity obiad. Na nasze śniadanie składa się kawał smażonego mięcha ( na moje oko wieprzowina), spora ilośc ryżu, sałatka z pomidorów i cebuli w soku z limonek i oczywiście lokalne frytki. Po takim śniadaniu ma się raczej ochotę wrócić do łóżka niż gdziekolwiek ruszać, ale udało nam się jednak pokonać lenistwu. Przemierzamy miasteczko w poszukiwaniu drogi na szlak, droga podobno jest prosta, czyli przechodzimy przez rzekę dochodzimy do Elektrowni wodnych i potem zdobywamy Aquas Calientes, różne są jedynie szacunki odnośnie czasu przejścia czasu, wahają się od 3 do 6 godzin. Idziemy doliną rzeki Urubamba, na terenie osłoniętym jedynie z jednej strony górami jest okrutnie gorąco, na szczęście trasa wiedzie też przez las, który co prawda jest duszny, ale daje schronienie przed słońcem. Las tropikany robi na nas mieszczuchach ogromne wrażenie, po raz pierwszy na żywo ( nie w ogrodzie botanicznym) widzimy jak rosną banany, limonki, kawa, ogromne paprocie i mnóstwo innych gatunków roślin, których nie sposób nawet nazwać. Robi się coraz bardziej gorąco, docieramy do elektrowni wodnej, łamiemy się i chcemy jechać dalej pociągiem, jednak gdy okazuje się, że musielibyśmy czekać na niego jeszcze dwie godziny, kupuje Inke Cole i woreczek liści koki na wzmocnienie i idziemy dalej- tym razem droga wiedzie wzdłuż torów przez las, więc nie jest tak okrutnie gorąco, wszystko wokół się lepi a powietrze ma zapach zgniłych bananów. W końcu około siedemnastej jesteśmy już w naszym hotelu w Aquas Calientes. Następnego dnia bladym świtem jedziemy na Machu Picchu.