Pilcopata tour ciąg dalszy

Atalaya jest małą miejscowością dosłownie 5 domów na krzyż plus szkoła, która właśnie świętuje dzień matki, maleńka restauracja dwa sklepy i stragany z pamiątkami. Czas na poranną pyszną peruwiańską kawę, której smaku nie można porównać do żadnej innej kawy, a potem ruszamy. Udało nam się znaleźć przewodnika Augusto, który za rozsądną cenę zabierze nas rzeką do dżungli. Rzeka jest rwąca a kolorem przypomina polski żurek. Przybijamy do brzegu, przedzieramy się przez zarośla i trawy a Augusto jest naszym machetero.


Widoki i odgłosy dżungli pozostają na długo w pamięci, nie sposób zapomnieć wrzasków małp, widoku piranii, kajmanów czy też przepięknych kwiatów orchidei. Na koniec jeszcze wycieczka tratwą po rzece pełnej piranii- osobliwa przyjemność. To jednak nie koniec na dzisiaj- nadal jednak próbujemy dostać się do wioski Indian. Młody chłopak z Pilcopaty, syn lokalnego "biznesmena" przychodzi nam z pomocą. Jedziemy nad rzekę, zostawiamy samochód i szukamy przejścia, rzeka w głównym nurcie jest zbyt rwąca aby się przez nią przedostać tak więc próbujemy przejść przez kawałek dżungli, przedzieramy się przez krzaki, brodzimy po uda w wodzie i niestety musimy się wycofać. Próbujemy jeszcze raz przedrzeć się przez rzekę tzn. my zostajemy na kamienistej, zalanej południowym słońcem plaży, a nasz przewodnik popłynie do wioski po łódź dla nas. Chłopak rzuca się do wody, a my przeżywamy chwilę grozy, prąd znosi go około 50 metrów, ale wychodzi z tego bez szwanku i po chwili macha już nam z drugiego brzegu. Jedno jest pewne, żadne z nas nie przeżyłoby takiej kąpieli. Dość długo smażymy się w słońcu czekając na przewodnika, po jakiejś godzinie wraca niestety z niczym, Indianie nie zgodzili się na przyjęcie obcych. No cóż, przynajmniej próbowaliśmy.